Jordania 8

Nigdy nie jechałem w takich warunkach, nawet podczas miesięcznego pobytu w Tajlandii nic podobnego mnie nie spotkało. Korek w którym tkwiliśmy prawie półtorej godziny wydawał się nie mieć końca, trąbienie i hałas było tak irytujące, że aż paliło mnie od środka. W końcu udało nam się opuścić to drogowe piekło, kolejnym problemem było znalezienie miejsca do zaparkowania auta na początku chciałem aby to było miejsce bezpieczne, po czasie aby w ogóle jakiekolwiek się znalazło. Po kilkunastu minutach poszukiwań znaleźliśmy wolne miejsce na uboczu mniej więcej kilometr od naszego hotelu. Aneta zarezerwowała hotel podczas drogi do Ammanu, znaczy tak jej się wydawało…

Nie mieliśmy żadnego potwierdzenia ani maila także wszystko wyglądało tak jakby tej rezerwacji nie było. Na nasze szczęście były jeszcze wolne pokoje i w końcu mogliśmy wziąć wymarzony prysznic, na który tak długo czekaliśmy. Byliśmy bardzo głodni więc wyruszyliśmy na poszukiwania jakiegoś fajnego lokalu z lokalnym jedzeniem i shishą. Google poleciło nam fajną knajpę oddaloną mniej więcej 20 minut spacerem od naszego hotelu. Przechadzaliśmy się wąskimi uliczkami i podziwialiśmy arabską architekturę, wszystko wyglądało bardzo malowniczo, ponieważ Amman to miasto zbudowane na wyżynach, panorama jest niesamowita. Na miejscu jednak okazało się, że do zmierzchu kuchnia jest zamknięta, nawet dla turystów co było dla nas tragiczną informacją zważywszy na brak jakiegokolwiek posiłku od ponad 8 godzin. Kupiliśmy zatem sok pomarańczowy i udaliśmy się w dalsze poszukiwania czegokolwiek już otwartego w tym mieście. Do schowanej pośród piwnic piekarni zaprowadził nas zapach świeżo-wypiekanych pit, tam też poznaliśmy Mohameda. Wypiekał on świeże pity z przeróżnymi dodatkami, wzięliśmy trzy różne rodzaje aby popróbować i to była najlepsza rzecz jaką jedliśmy do tej pory w tym kraju. Świeża pita z dodatkami „pizza” kolejna była, ze szpinakiem a jeszcze inna z kozim serem, mówię wam to było niebo w gębie! Wszystko to popijaliśmy świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy, coś nie do opisania. Kolejną rzeczą na naszej dzisiejszej liście było znalezienie fajnego miejsca  shishą oraz świeżym sokiem z granata, wcześniej piłem taki w Dubaju i obiecałem Anecie, że nie wypuszczę jej z tego kraju jeśli go nie spróbuje. Po jakimś czasie znaleźliśmy fajne miejsce, wchodziło się tam po schodach na taki bardzo duży taras, który był skonstruowany w taki sposób, że siedzieliśmy dosłownie nad główną ulicą (na nasze szczęście po zmierzchu zmieniała się ona w deptak, w innym wypadku nie słyszelibyśmy siebie nawzajem, siedząc naprzeciwko. )

Oceń nasz artykuł

/ 5.

Dodaj komentarz