Jordania, nasza pierwsza wspólna wyprawa!

Piątek 10 dzień maja, 3:30 nad ranem słyszymy ten sam, ale tym razem nie tak bardzo irytujący dźwięk budzika. O dziwo nie przeciągamy snu ani o minutę jak to mamy w zwyczaju. Plecaki gotowe, paszporty w kieszeniach, humory oraz samopoczucie mimo 4 godzin snu dopisują. Zaczynamy przygodę od kursu Boltem na centralny, z centralnego pociągiem na lotnisko, bo bilety kupiliśmy na poprzez tanie linie lotnicze, za które zapłaciliśmy niecałe 850zł dla dwóch osób. Można było zrobić to jeszcze taniej jak się później okazało, ale akurat w tym przypadku nie kierowaliśmy się okazją czy niską ceną biletu a chęcią penetracji tego pięknego kraju.

Lot to niecałe, całkiem znośne 4 godziny. Chwilę pospaliśmy, chwilę porozmawialiśmy, czas minął dziwnie szybko, zazwyczaj nudzi mi się, ale tym razem było inaczej.

Lądujemy w Ammanie, stolicy Jordanii, pogoda piękna – 25 stopni, pełne słońce, delikatny wiaterek, od razu wiedzieliśmy, że to jest to, czego nam potrzeba! Szybkie, bezproblemowe przejście przez kontrolę paszportową, odbiór wynajętego samochodu i zaczynamy przygodę.

Na pierwszy ogień wzięliśmy sobie Morze Martwe, które było oddalone jakieś 120 km od stolicy, już po chwili widoki, które zaczęły nas otaczać zapierały dech w piersiach. Bliskowschodni Grand Kanion! WOW! Stroma, wąska i kręta ulica prowadząca pod kątem 40 stopni w górę, by po chwili pod tym samym kątem zjeżdżać nią w dół. To było coś nie do opisania. Pomarańczowe skały na tle niebieskiego nieba, do tego pełne ciepłe słońce i delikatny wiatr, który rozwiewał nasze włosy, czuliśmy się naprawdę bosko! Z wielkimi oczami i szerokim uśmiechem obserwowaliśmy to, co za oknem. Ulica była bardzo kręta, więc musieliśmy jechać ostrożnie, powoli, co zupełnie nam nie przeszkadzało, bo mieliśmy dużo więcej czasu na degustację widoków jak z pocztówek! Co chwilę zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić sobie cudowne zdjęcie, żeby pooddychać patrząc na to, co stworzyła natura. Niestety fotki nie oddadzą tego jak to faktycznie wygląda, to trzeba zobaczyć na własne oczy i poczuć na własnej skórze! Po 4 wspaniałych godzinach dotarliśmy na drogę, która prowadziła wzdłuż brzegu morza Martwego… Ponad 100 km trasy, gdzie morze jest na wyciągnięcie ręki. Zatrzymaliśmy się przy pierwszym możliwym miejscu do zaparkowania. Zejście z miejsca gdzie zaparkowaliśmy auto było bardzo strome i kamieniste, a my oczywiście w butach bardziej nadających się do spacerów po perskim dywanie niż stromym, pełnym ostrych kamieni zboczu. No nic, nie powstrzymało nas to, kilkanaście ostrożnych kroków i jesteśmy na plaży, namalowanej przez matkę naturę!

Jordania 7

Czerwony piasek, skały wyrastające jak grzyby po deszczy na kilkaset metrów w górę, coś niebywałego, nie będę nawet starał się tego wszystkiego opisać, mamy wspaniałe zdjęcia które i tak nie oddają prawdziwego klimatu oraz faktycznego stanu tego miejsca! To samo tyczy się kanionu, wąskie szczeliny pośród wysokich skał, w środku nich roślinność, drzewa, krzewy, przebijające się słońce, kolejne widoki które zapierały nam dech w piersiach, staraliśmy się czerpać z tego miejsca ile tylko mogliśmy, nie uświadczyłem czegoś podobnego w żadnym innym zakątku świata. Co to był za tour po pustyni! Naprawdę warto! Zapłaciliśmy za to jakieś 350zł za naszą dwójkę ale nie żałujemy ani złotówki, dla tych widoków, klimatu i miejsca warto zapłacić każdą cenę! To co dobre szybko się kończy, po pustynnej wyprawie zostaliśmy odstawieni na parking gdzie stało nasze auto. Czekała nas 5 godzinna jazda do stolicy Jordanii Ammanu. Tam mieliśmy wynajęty hotel aby spędzić ostatnią noc i mieć jak najlepsze połączenie do lotniska, bo lot mieliśmy o 11:30 następnego dnia. Podczas drogi powrotnej po raz kolejny zostaliśmy zatrzymani przez policje, jakby tego było mało zatrzymał nas dokładnie ten sam policjant co wcześniej, coś niebywałego pomyślałem ale to nic, mając 100% pewności, że jechałem zgodnie z przepisami myślałem, że tym razem skończy się na zwykłej kontroli, nic bardziej mylnego, funkcjonariusz chciał wlepić mi kolejny mandat pod pretekstem, przekroczenia prędkości o 8km/h oczywiście tym razem nie dałem się już podejść tak łatwo, nie zgodziłem się na przyjęcie mandatu. Kazał mi jechać dalej co tylko umocniło mnie w przekonaniu, że policja w Jordanii to zwykli naciągacze, za pierwszym razem powinienem się zachować tak samo i nie musiałbym niczego płacić, nic nie byli w stanie mi udowodnić, po prostu czekali na samochody prowadzone przez turystów aby wyłudzić mandat. To kolejna cenna informacja na przyszłość. Reszta trasy przebiegała spokojnie do czasu, gdy zaczęliśmy zbliżać się do Ammanu. Zwiększyło się natężenie ruchu, roboty na drogach niczego nie ułatwiały, manewry lokalnych kierowców zadziwiały, postanowiłem zmniejszyć prędkość i spróbować dostosować się do trudnych warunków panujących na drodze. To był dopiero początek, wjazd do stolicy Jordanii dał mi do zrozumienia, ze popełniam duży błąd wjeżdżając do ścisłego centrum w godzinach szczytu, ciężko opisać to co wyprawiali miejscowi kierowcy, kierunkowskaz w ich kulturze jazdy w ogóle nie istnieje, klakson wciśnięty cały czas, huk i gwar na ulicy jest nie do zniesienia, z trzech pasów robią jeden by po chwili z jednego zrobić trzy, koszmar.

Jordania 6

Do Akaby dotarliśmy już bez niespodzianek. Samochód zaparkowaliśmy blisko publicznej plaży, i pobiegliśmy łapać ostatnie chwile słońca nad brzeg morza Czerwonego. Kąpiel w morzu to było to czego potrzebowały nasze zmęczone i zgrzane mięśnie, nasze zdewastowane stopy wołały o pomstę do nieba. Cudowne uczucie, zanurzyć się w chłodzącej wodzie po tak dużym wysiłku. Powoli robiło się późno a przed wschodem słońca musieliśmy dotrzeć na pustynie, gdzie zarezerwowaliśmy sobie nocleg i kolacje u Beduinów oraz tour po pustyni następnego dnia. Samochód zostawiliśmy na wyznaczonym parkingu przed bramkami jakby to był koniec granicy kraju, wjazd na pustynie strzeżony jest przez funkcjonariuszy wojska, wjechać na ten teren samochodem mogą tylko oznaczone i uprzywilejowane samochody Beduinów. Mają tam pustynny rezerwat i kilkanaście obozów do których zapraszają turystów aby Ci spędzili noce pod gołym niebem lub w namiotach, jest to typowa turystyczna atrakcja Jordanii, którą trzeba koniecznie odhaczyć na liście „must see” podczas pobytu, my bardzo polecamy! Było pyszne jedzenie, obłędne desery, jedyna w swoim rodzaju herbata z cynamonem i oczywiście shisha, którą paliliśmy przy ognisku patrząc w gwiazdy. Pustynia nocą daje zielony poblask, dookoła Ciebie wszystko wydaje się jakby było zaciągnięte zieloną mgłą, to cudowny widok, jedyny w swoim rodzaju, który zapadnie nam w pamięci do końca życia, jesteśmy tego pewni. O dziwo na pustyni lokalni są już dosyć dobrze zaawansowani technicznie bo są łazienki z kanalizacją oraz ciepła woda i prąd! Wszystko uzyskiwane z energii słonecznej. Noc była ciepła mimo 4 godzin snu wstaliśmy wypoczęci i gotowi na kolejny dzień wrażeń. Pyszne śniadanie, mi osobiście najbardziej smakował świeży hummus oraz kozi ser którym smarowaliśmy świeżo wypiekane pity. Mógłbym zaczynać każdy dzień w taki sposób, wszystko robione ręcznie, przez lokalnych mężczyzn, naturalnie bez ulepszaczy. Coś niesamowitego!

Po śniadaniu czekał już na nas samochód, terenówka z ławeczkami na tylnej jego części do tego prowizoryczny daszek, bardzo podobnymi samochodami, wozi się ludzi po afrykańskich sawannach.

Widoki jakich uświadczyliśmy są nie do opisania, widzieliśmy gorące zródła, skalne mosty które powstały bez ingerencji człowieka, było tego bardzo dużo lecz najbardziej podobały nam się „czerwone wydmy” oraz kanion. Oglądaliście film „Marsjanin”? Gra tam Matt Daymon kosmonautę próbującego przetrwać na Marsie. Tak, to tu, właśnie w tym miejscu była kręcona większość scen do tego filmu.

Jordania 5

Kolejne mocne podejście, pierwsze bóle kolan dawały już o sobie znać ale fakt, że prawdopodobnie jesteśmy tu po raz pierwszy a zarazem ostatni dodawał nam dodatkowej motywacji w drodze do celu. Po około 50 minutowej wędrówki po schodach dotarliśmy do wykutego w skałach klasztoru. Gabaryty, wykończenie, stan w jakim jest ten zabytek wprowadza w osłupienie! Kilku metrowe kolumny, ozdobione wykutymi płaskorzeźbami nadają temu miejscu magiczną atmosferę, człowiek zamienia się w słup soli, zbiera szczękę z podłogi i grzecznie siada na rozgrzanym piasku aby chwile odpocząć po dużym wysiłku jakim jest wejście tutaj. Dopiero na miejscu zdajesz sobie sprawę, ze warto, ten widok jest wart wejścia na każdy z 5tyś schodów. Porobiliśmy cudowne zdjęcia, odpoczęliśmy trochę i i zdecydowaliśmy się na zbiegniecie po schodach w dół aby nie tracić czasu bo tego dnia mieliśmy jeszcze wiele do zrobienia. Określić nasz trekking mianem intensywnego to jak nic nie powiedzieć, od godziny 6:00 do godziny 15:00 zrobiliśmy 16km, większość to podejścia lub zejścia oraz wspinaczki.

Petra zrobiła na nas ogromne wrażenie, mógłbym o tym pisać i pisać ale żadne słowa nie oddadzą klimatu oraz magii tego miejsca, to trzeba poczuć, zobaczyć na własne oczy!

Złapał nas wilczy głód, nic dziwnego bo kcal przepaliliśmy pewnie koło 3 tysięcy. Nie szukając daleko weszliśmy do najbliższej restauracji, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Pierwszym wyborem z menu była zimna cola, o której marzyłem od kilku godzin oraz sharma czyli typowy Jordański kebab, na samą myśl o nim robię się głodny. Aneta uderzyła w szaszłyki, które również sprostały jej oczekiwaniom. Zważywszy na genialną pogodę postanowiliśmy jako kolejny cel wybrać plażę Morza Czerwonego w mieście Akaba na południu Jordanii. Szybki wyskok do sklepu aby zrobić zapasy płynów na resztę dnia i wskakujemy na autostradę prosto do Akaby. Mieliśmy do zrobienia około 130km także było trzeba nieco przyspieszyć. Progi zwalniające, policja co 30km nie sprzyjała sprawnemu poruszaniu się w stronę wyznaczonego wcześniej celu. W połowie trasy nas również dopadła policyjna kontrola. Policjant poprosił o paszport, prawo jazdy oraz dowód rejestracyjny, wszystko wyglądało na standardową procedurę do czasu gdy zauważyli, że jesteśmy turystami. Policjant poszedł z moimi dokumentami do samochodu naradził się jeszcze z dwoma funkcjonariuszami, wraca i oznajmia, że przekroczyłem prędkość o 15km za co nałożą na mnie mandat o wysokości 20 JOD, oczywiście nie mieli, żadnego nagrania, ani rejestracji na urządzeniu do mierzenia prędkości ale przez to, że chcieliśmy się załapać na ostatnie promienie słońca na plaży po prostu przyjąłem mandat i pojechaliśmy dalej.

Jordania 4

Na pierwszy ogień główna świątynia, która zrobiła na nas niesamowite wrażenie, wysoka na 20 metrów, szeroka na mniej więcej  30 metrów, wyryta dłutami jak z bajki, ile człowiek musiał włożyć w to pracy? Ile lat potrzeba aby wyryć w skale w tak estetyczny sposób takie cudo architektoniczne?

W obecnych czasach, z użyciem nowoczesnej techniki zajęłoby to kilka lat. Fascynujące, człowiek zadaje sobie pytanie, gdzie leży granica ludzkich możliwości i chyba nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi patrząc na to co i w jaki sposób budował  ponad 2tyś lat temu.

Kolejnym punktem wyprawy była wspinaczka na szczyt gdzie znajdował się punkt widowkowy, z którego można było zobaczyć całą panoramę starożytnego miasta a nawet przy sprzyjających warunkach pogodowych morze Czerwone. Podejścia były bardzo strome i stanowczo odradzalibyśmy wybierać się tam bez stosownego obuwia. Słońce zaczynało palić co raz mocniej, pierwsze krople potu zaczęły pojawiać się na naszych skroniach. Ku naszemu zdziwieniu żadna krawędz, szlak, punkt widowkowy, nie było zabezpieczone w żaden sposób, nie widzieliśmy ani jednej barierki lub ogrodzenia a uwierzcie nam na słowo było gdzie coś takiego postawić. Gdyby Petra leżała w Europie to byłaby solidnie zabezpieczona bo okazji do szybkiej, przypadkowej utraty życia było co nie miara. Niejednokrotnie serce zaczynało pracować szybciej podczas przeciskania się miedzy wąskimi szczelinami, trzeba było być bardzo uważnym podczas amatorskiej wspinaczki bez zabezpieczenia.

Trasa na szczyt była bardzo stroma więc samo wejście nie zajęło, aż tak dużo czasu, nie patrzyłem na zegarek ale cała wspinaczka to około 40 minut. Ostatnie podejście i jesteśmy na najwyższym punkcie tego skalnego kompleksu. Widok… 10/10 coś niebywałego, w promieniu 30km pustynia, wyrastające z niej pomarańczowe skały na tle błękitnego nieba, obłęd, do tego w bliskiej odległości widok na wszystkie starożytne budowle, tego nie da się opisać słowami, to trzeba zobaczyć na własne oczy.

Mimo dającego się we znaki słońca, spędziliśmy na szczycie dłuższą chwile delektując się tym co dookoła, lekki wiatr ochładzał nasze zmęczone i wilgotne plecy, niesamowite uczucie. Byłem już w kilku wydawałoby się magicznych miejscach ale te widoki są na pewno w moim top5. 

Stara górska zasada mówi „że łatwiej się wchodzi niż schodzi” i to jest niestety prawda! Zejście  w pełnym słońcu po krętym szlaku było nie lada wyzwaniem, lecz nie z takimi rzeczami dawaliśmy sobie radę. Sprawdzając kolejny zabytek który był na naszej liście „must see” czyli klasztor umiejscowiony na kolejnym szczycie skały do którego prowadziło około 4tyś kamiennych schodów.

Jordania 3

Następnym celem naszej podróży było „active center” jest to dość popularna atrakcja turystyczna Jordanii. Malownicze, bardzo wysokie, wąskie przełęcze miedzy blokami skał po których płynie silny strumień wody to podobno wymarzone miejsce dla osób lubiący sporty ekstremalne, gdzie można uskuteczniać, szybkie, niebezpieczne spływy kajakowe, my niestety nie załapaliśmy się na tę atrakcje, ponieważ, ilość wody w kanionie była zbyt duża a prąd  za silny co przekładało się na brak bezpieczeństwa tegoż dnia. Nie tracąc czasu postanowiliśmy zbliżyć się do głównej atrakcji Jordanii czyli starożytnego miasta wykutego w skałach zwanego Petrą, tak aby z samego rana móc spokojnie bez tłumów turystów oraz dających się we znaki upałów. Zaklepaliśmy nocleg w oddalonej o 80km wiosce. Dotarliśmy na miejsce tuż po zachodzie słońca, czyli idealnie na kolację, która była w formie szwedzkiego stołu, kilka potraw do wyboru od hummusów różnego rodzaju, po kozie sery wszelkiego typu, świeże oliwki, dopiero co wypiekane pity, na deser baklawy, miodowe kulki i cudowna herbata z cynamonem. Po kolacji usiedliśmy przy ognisku, zapaliliśmy shishe obserwowaliśmy gwiazdy i staraliśmy się wypytać tubylców o ich kulturę, kuchnie, tradycje i przyzwyczajenia, to było świetne doświadczenie.  Robiło się pozno gospodarz zaprowadził nas do namiotu, w którym nie było prądu ani kontaktów, dostaliśmy lampę naftową i bardzo ciepły koc, który chronił nas przed zimnem. Dawno nie spaliśmy w takich warunkach, ostatni raz chyba na obozie wędrownym w gimnazjum, niby nic a taka noc w namiocie z lampą naftową sprawiła nam bardzo dużo frajdy.

Pobudka przed świtem, szybkie mycie zębów, śniadanie mieliśmy już spakowane na drogę i ruszamy do Petry oddalonej od o 80km. Droga od obozowiska w którym nocowaliśmy była położona pośród malowniczych skał, wschód słońca, fajna muzyka, o pogodzie już nie będę wspominał „tak to można żyć” stwierdziliśmy w tym samym momencie z moją dziewczyną.

Na miejsce dotarliśmy zgodnie z przewidywaniami przed godziną 6:00, idealnie, prócz nas jeszcze tylko dwa inne samochody na parkingu, zapakowaliśmy wodę, owocę i ruszyliśmy.

Pierwszy przystanek sklep z chustkami na głowę, Aneta nie miała, żadnej czapki a słońce mimo wczesnej pory zaczynało delikatnie przypiekać, więc postanowiliśmy potargować się z lokalnym kupcem. To była zażarta licytacja z 25 dinarów zeszliśmy na 15. Myśląc, że zrobiliśmy „deal” życia z uśmiechem ruszyliśmy w stronę pierwszych zabytków starożytnego miasta Nubijczyków wykutego w skałach.

Jordania 2

To była plaża inna niż wszystkie jakie widziałem do tej pory, srebrno szara, pokryta płatami soli i nakładająca się, małymi spokojnymi falami wody. Zasolenie w Morzu Martwym jest 6-krotnie większe niż w Morzu Bałtyckim, nazwa Martwe bierze się z tego, że żadne żywe organizmy nie są w stanie przeżyć w tak trudnych warunkach ale my nie o tym. Woda o temperaturze 25 stopni była dopełnieniem tego na co liczyliśmy w tym jakże już pełnym wrażeń dniu. Aura jaka unosiła się dookoła była niesamowita, pomyśleć, że jeszcze parę godzin wcześniej byliśmy w deszczowej i wietrznej Warszawie.

Robiliśmy sobie zdjęcia, pływaliśmy w wodzie która dzięki swojemu zasoleniu wybija Cię ponad powierzchnie, także bezproblemowo unosisz się na wodzie i czerpiesz z wszystkich promieni słońca ile tylko możesz z pełnym uśmiechem na twarzy, ach… coś wspaniałego. Tak słona woda oraz dziuka plaża bez prysznica ma również swoje minusy, skóra po wyjściu z wody piecze i swędzi niesamowicie. My byliśmy na to przygotowani. W przydrożnym sklepiku z owocami kupiliśmy również kilkulitrowy baniak wody aby się dokładnie opłukać po naszych wodnych wojażach. Pogoda była tak cudowna, że postanowiliśmy zmienić trochę odcień naszych skór i czerpać z promieni słońca ile tylko się da, tak dobra aura sprzyjała okazywaniu sobie czułości oczywiście nie mam tu na myśli ordynarnych scen rodem z niemieckich filmów wiadomego gatunku a bardziej skłaniałbym się ku partnerskim pocałunkom czy uściskom i to niestety nie przeszło bez echa. Za nami pojawił się pan koło czterdziestki, który szybko dał nam do zrozumienia, że jest Ramadan czyli 30 dniowy post w którym muzułmanie nie jedzą, nie piją oraz stronią od jakichkolwiek kontaktów damsko-męskich w ciągu dnia. Przez trzydziesci dni spożywają dwa posiłki dziennie zaraz po zmierzchu i przed wschodem słońca, to samo tyczy się zaspokajania pragnienia, wodę mogą pić tylko po zachodzie słońca, nie dotyczy to tylko osób chorych, kobiet w ciąży lub karmiących piersią oraz dzieci do lat sześciu. Co ciekawe wszystkie lokalne osoby które spotkaliśmy podczas naszej podróży restrykcyjnie przestrzegały Ramadanu, co dla Anety było totalnym szokiem. Ja podczas pracy w Londynie z muzułmanami nie byłem tym aż tak mocno zaskoczony.

Wracając do Pana, który zwrócił nam uwagę okazał się on być oficerem wojskowym, wywnioskowaliśmy to po tym jak wracając do naszego auta zobaczyliśmy czekających na niego innych żołnierzy w opancerzonym samochodzie z umocowanym karabinem na dachu.

Obyło się bez większych problemów, przeprosiliśmy i w delikatnym zakłopotaniu opuściliśmy plażę.

Jordania 8

Nigdy nie jechałem w takich warunkach, nawet podczas miesięcznego pobytu w Tajlandii nic podobnego mnie nie spotkało. Korek w którym tkwiliśmy prawie półtorej godziny wydawał się nie mieć końca, trąbienie i hałas było tak irytujące, że aż paliło mnie od środka. W końcu udało nam się opuścić to drogowe piekło, kolejnym problemem było znalezienie miejsca do zaparkowania auta na początku chciałem aby to było miejsce bezpieczne, po czasie aby w ogóle jakiekolwiek się znalazło. Po kilkunastu minutach poszukiwań znaleźliśmy wolne miejsce na uboczu mniej więcej kilometr od naszego hotelu. Aneta zarezerwowała hotel podczas drogi do Ammanu, znaczy tak jej się wydawało…

Nie mieliśmy żadnego potwierdzenia ani maila także wszystko wyglądało tak jakby tej rezerwacji nie było. Na nasze szczęście były jeszcze wolne pokoje i w końcu mogliśmy wziąć wymarzony prysznic, na który tak długo czekaliśmy. Byliśmy bardzo głodni więc wyruszyliśmy na poszukiwania jakiegoś fajnego lokalu z lokalnym jedzeniem i shishą. Google poleciło nam fajną knajpę oddaloną mniej więcej 20 minut spacerem od naszego hotelu. Przechadzaliśmy się wąskimi uliczkami i podziwialiśmy arabską architekturę, wszystko wyglądało bardzo malowniczo, ponieważ Amman to miasto zbudowane na wyżynach, panorama jest niesamowita. Na miejscu jednak okazało się, że do zmierzchu kuchnia jest zamknięta, nawet dla turystów co było dla nas tragiczną informacją zważywszy na brak jakiegokolwiek posiłku od ponad 8 godzin. Kupiliśmy zatem sok pomarańczowy i udaliśmy się w dalsze poszukiwania czegokolwiek już otwartego w tym mieście. Do schowanej pośród piwnic piekarni zaprowadził nas zapach świeżo-wypiekanych pit, tam też poznaliśmy Mohameda. Wypiekał on świeże pity z przeróżnymi dodatkami, wzięliśmy trzy różne rodzaje aby popróbować i to była najlepsza rzecz jaką jedliśmy do tej pory w tym kraju. Świeża pita z dodatkami „pizza” kolejna była, ze szpinakiem a jeszcze inna z kozim serem, mówię wam to było niebo w gębie! Wszystko to popijaliśmy świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy, coś nie do opisania. Kolejną rzeczą na naszej dzisiejszej liście było znalezienie fajnego miejsca  shishą oraz świeżym sokiem z granata, wcześniej piłem taki w Dubaju i obiecałem Anecie, że nie wypuszczę jej z tego kraju jeśli go nie spróbuje. Po jakimś czasie znaleźliśmy fajne miejsce, wchodziło się tam po schodach na taki bardzo duży taras, który był skonstruowany w taki sposób, że siedzieliśmy dosłownie nad główną ulicą (na nasze szczęście po zmierzchu zmieniała się ona w deptak, w innym wypadku nie słyszelibyśmy siebie nawzajem, siedząc naprzeciwko. )